Miesiąc: Listopad 2013 (Page 1 of 2)

Musica Vulgaris „Maxima Preconia”

Fenomen tej muzyki w Niemczech jest porównywalny z tym, jak Polacy odnoszą się do szant i piosenek żeglarskich. Niemcy mają dokładnie takie samo podejście do muzyki dawnej, zwłaszcza średniowiecznej i renesansowej. Jedni odtwarzają ją w miarę autentycznie, drudzy grają tak, jakby była to muzyka typowo ludowe, robią więc z niej rasowy folk, jeszcze inni piszą własne kompozycje, lub mieszają oryginalne nuty z rockiem, metalem punkiem a nawet hip hopem.
Musica Vulgaris nalezą do kategorii, którą można określić jako „mediaval folk”. Wprawdzie grają i śpiewają akustycznie, z użyciem autentycznych instrumentów, ale nie wzbraniają się przed nadawaniem swojej muzyce autorskiego charakteru, który sprawia, że słucha się jej o wiele przyjemniej. Wcielają się oni w rolę wędrownych grajków, którzy snują swoje historie w kilku językach, grają na niezliczonej ilości instrumentów i koncentrują się przede wszystkim na tym, żeby dobrze bawić słuchaczy. Najdziwniejsze że w zespole jest tylko trzech muzyków, a liczba instrumentów, na których grają, może budzić szacunek.
Pieśni niemieckich i francuskich minstreli i trubadurów, przeplatane dworskimi i wiejskimi tańcami, z ukłonem w kierunku hiszpańskiej Cantigi i bretońskiego „Andro”, to bardzo jaskrawa mieszanka, jednak Musica Vulgaris udowadniają, że można zaprezentować ją z wdziękiem i jednoczesnym poszanowaniem tradycji.

Rafał Chojnacki

Unreel „Unreel”

To pierwsza EP-ka praskiego zespołu Unreel, która pokazuje możliwości drzemiące w tej stosunkowo młodej kapeli. Powstali w 2009 roku, a nagrań tych dokonali gównie po to, by promowały koncertową działalność zespołu.
Rzeczywiście, po muzyce tej słychać, że to bardzo koncertowy zespół. Uwielbiają bawić się swoim graniem i słychać, że muzykowanie sprawia im wielką przyjemność. Formuła fusion powoduje, że mogą okrasić swoje autorskie melodie solidną dawką celtyckich patentów, nie zamyka ich to jednak w żadnej formie, przez co muzyka może swobodnie dryfować i unosić się w przestworza.
W niektórych, zwłaszcza szybszych momentach czuć tu szkołę muzyczną, którą wielu kapelom zaszczepiła przed kilku laty brytyjska grupa Flook. To bardzo podobny sposób myślenia o muzyce. Słychać go nawet w melodii „Gankino Horo”, pochodzącej z Bułgarii.
Unreal to grupa świetnie brzmiąca. W sieci można znaleźć również ich koncertowe nagrania z 2012 roku. Zarówno z nich, jak i z tej studyjnej EP-ki wynika jedno: powinni wkrótce pojawić się u nas grając koncerty!

Rafał Chojnacki

Dicey Riley „Rows Of Pints And Walking Dead”

Amerykańska kapela o wdzięcznej nazwie Dicey Riley proponuje nam celtyckiego hard rocka. Choć swoje granie promują sloganem „The Pogues po pijackiej nocy z U2”, to jednak korzeni rockowych inspiracji szóstki amerykańskich muzyków szukałbym raczej w nieco ostrzejszym graniu. Stąd słówko „hard” przy opisie ich brzmienia.
Trzeba przyznać, że kapela ta potrafi zaskoczyć, ponieważ nawet bardziej znane utwory, takie jak „Glory-O”, „Carrickfergus” czy „The Althole Highlanders” grają na swój sposób, który sprawia, że jest to wyjątkowa muzyka. Bardzo autentyczne rockowe brzmienie, podparte skrzypcami i dudami robi dobre wrażenie.
Równie dobrze brzmią Oryginalne utwory autorstwa członków zespołu. Faktem jest, że niektóre wykorzystane w nich melodie na pewno wydadzą się znane miłośnikom celtyckiego grania. Nie zmienia to jednak faktu, że muzyka Dicey Riley brzmi bardzo interesująco.
Właściwie nie przypominam sobie innej grupy, która grała by w ten sposób. Kapele folk-rockowe są zazwyczaj dość lekkie, a na topie są obecnie zespoły mieszające folk z metalem lub punkiem. Pewnie właśnie dlatego hard rockowa odmiana celtyckiego grania tak bardzo przypadła mi do gustu.

Rafał Chojnacki

La Marotte „Faule Fee”

Mroczne nordyckie melodie, bretońskie tańce, niemieckie średniowieczne motywy i folk-rockowe podejście do grania – to tylko niektóre z części składowych układanki pod nazwą La Marotte. Zdarzają się momenty gdy pulsacja rodem z reggae przeplata się z melodią o asturyjskim rodowodzie. Trafimy tu na średniowieczną balladę, łacińskie teksty i melodie dawne przemieszane z nowszymi. Znajdzie się nawet miejsce na nutkę Orientu, choć trzeba przyznać, ze najwięcej inspiracji płynie ze Skandynawii.
Co ciekawe La Marotte to grupa popularna wśród ludzi słuchających w Niemczech tzw. średniowiecznego rocka, czyli muzyki łączącej brzmienia dawne z cięższym graniem. Tymczasem tu, mimo ze inspiracje brzmieniami sprzed wieków są obecne, mamy raczej do czynienia z inspiracjami folkowymi, dużo młodszymi. Sprawia to, że tak jak sięgną z ciekawością po ta płytę miłośnicy Corvus Corax, tak i fani Hedningarny czy Garmarny znajdą tu znajome nutki.
Choć zdaję sobie sprawę, że niemiecka scena folkowa jest szalenie różnorodna, rzadko się jednak zdarza, żeby jakiś zespół wychodził obronną ręką z tak różnorodnego pola manewrów. Tymczasem La Marotte radzą sobie bardzo dobrze, nawet wówczas gdy nie ograniczają się do rejonów bratniej Europy północnej.

Rafał Chojnacki

Brushy One String „Destiny”

Blues to? Folk czy reggae? A może raggamuffin? Trudno powiedzieć, bo ekspresja wokalna czarnoskórego wokalisty zahacza o bardzo różne estetyki, a mimo że wszystkie zarejestrowane tu piosenki opierają się na jednym pomyśle, to jednak jest ona na tyle ciekawie zrealizowany, ze na pewno nie można mówić nudzie.
Pochodzący z Jamajki Brushy One String, dokładnie tak jak sugeruje nam jego ksywa, gra na jednej strunie akustycznej gitary. Do tego śpiewa. W studio pomagają mu koledzy, z których ktoś podegra czasem na harmonijce ustnej, a kto inny pohałasuje na jakichś przeszkadzajkach. Ale podstawa to jednak, basowa struna i rytmiczne postukiwanie w pudło. No i głos. Nie da się okryć, że to wokal nie do podrobienia, coś jakby czarnoskóry Nick Cave. Jednak pełnię głębi tego zjawiska można docenić dopiero słuchając jego nagrań.
Utwory, które trafiły na płytę „Destiny” znalazły się już wcześniej na amatorsko zrealizowanej płytce demo, znanej jako „The King of One String”. Jednak tu możemy ich posłuchać w wersjach studyjnych, które uwypuklają nieco niebanalny talent Brushy`ego.

Rafał Chojnacki

Dervish „The Thrush in the Storm”

Irlandzki zespół Dervish był swego czasu świeżym powiewem na scenie muzyki celtyckiej. Ich płyty, takie jak „Playing with fire” czy „End Of The Day” rozpalały wyobraźnię słuchaczy i inspirowały innych muzyków folkowych, również z Polski. Jednak w ostatnich latach zespół nie rozpieszczał swoich sympatyków, prezentując im jedynie wydany w 2010 roku koncertowy album „From Stage to Stage”, dostępny również w formie DVD. Od poprzedniej płyty studyjnej minęło już sześć lat. Dlatego właśnie za dobrą nowinę można uznać pojawienie się dwunastej płyty w dorobku tej irlandzkiej grupy, zatytułowanej „The Thrush in the Storm”.
Już od pierwszych dźwięków „The Green Gowned Lass” słychać, że grupa jest w dobrej formie, a określenie „coel nua”, oznaczające nową muzykę, nadal pasuje idealnie do ich sposobu myślenia o celtyckim graniu. Przy jednoczesnym szacunku dla tradycji poczynają sobie dość odważnie, swobodnie łącząc ze sobą rytmy, melodie i sposoby ich prezentacji. Nawet tam, gdzie z pozoru jest bardziej tradycyjnie, melodie kołyszą słuchacza, sięgając do głęboko ukrytych podziałów rytmicznych, łamiących nieco standardy typowe dla danych tańców, przy jednoczesnym zachowaniu metrum. Za rytm odpowiadają tu gównie buzuki i gitara, na których grają Brian McDonagh i Michael Holmes.
Dervish słynął zawsze ze świetnych piosenek. Nie było ich na poprzednich płytach zbyt dużo, ale miały zawsze świetny klimat. Tym razem jest ich całkiem sporo, nie znaczy to jednak, że są gorszej jakości. Utwory takie jak „Baba Chonraoi”, „The Lovers Token”, „Shanagolden”, „The Banks of the Clyde”, „Handsome Polly-O” i „Snoring Biddy” pokazują, że Irlandczycy nadal mają świetny gust do wyboru piosenek i pomysły na ich aranżacje.
Choć grupa ta praktycznie nie zeszła nigdy na dłużej ze sceny, to płytę „The Thrush in the Storm” można traktować jako studyjny powrót Dervisha. Oceniając album w takich kategoriach trzeba stwierdzić, że jest to powrót udany i warty uwagi nie tylko tych, który kiedyś zachwycali się nagraniami tej grupy. Nowe pokolenie miłośników folku ma teraz szansę odkryć zespół na nowo i dopiero wówczas sięgnąć do jego korzeni.

Rafał Chojnacki

Rachel Sage „Chandelier”

Rachel Sage należy do tego samego kręgu artystek, co Tori Amos czy Fiona Apple. Jej współczesne piosenki mają folkowy charakter, ale nie stroni od wycieczek w kierunku innych gatunków.
„Chandelier”, to album pop folkowy w najlepszym rozumieniu tego słowa. Znajdziemy tu brzmienia, których nie powstydziłoby się Blackmores`s Night, ale bez niepotrzebnego zadęcia. Amerykański folk-rock potrafi zmieszać się z soulem. Innym razem melodia snująca się niczym u Enyi zostaje połamana lekkim funkowym rytmem. Nie brakuje tez pięknych ballad.
Czasem trafimy nawet na odrobinę country rocka, podaną w formie, którą można puścić każdemu, bez obaw o jego gusty muzyczne.
Piosenki Rachel Sage to dobrej jakości muzyka środka. Raczej nie zagości w naszych rozgłośniach radiowych. A szkoda, bo jakością przewyższa wiele rodzimych produkcji.

Rafał Chojnacki

Neřež „Nebezpečný síly”

Przed laty sięgnąłem po jedną z płyt grupy Neřež, by zobaczyć jak brzmi Kapela Jaromira Nohavicy bez swojego lidera. Skojarzenie z The Band bez Dylana, było oczywiste, tak bowiem o nich mówiono. Faktem jest, że ci sami muzycy towarzyszyli czeskiemu bardowi, ale wkrótce okazało się, że projekt ten działa o wiele dłużej, nagrywał bowiem i koncertował już w latach 80-tych.
„Nebezpečný síly” to drugi album po swoistej reaktywacji zespołu. Pokazuje kapelę jako w pełni dojrzały i bardzo ciekawy projekt. Świetny folk-rockowy „V pořádku”, bluesowa „Sobota”, elementy latino jazzu („Strejdo), pastisz reggae („Pátý pád”) – to tylko początek tej różnorodnej płyty. Dalej mamy niepokojący utwór tytułowy, knajpianą balladę („Na tenkým ledě”), elektrycznego bluesa, śliczną folkową balladę („Tisíc dnů”).
Można powiedzieć, że mimo braku tak silnej osobowości, jaką jest Jaromir, jego muzycy potrafią dać sobie radę bez większych problemów. Gdybym nie wiedział, że przez wiele lat kojarzeni byli głównie jako grupa grająca z Nohavicą, niczego by mi nie brakowało. Niestety wiedza na ten temat trochę rzutuje na odbiór własnych płyt płyt formacji Neřež. Nie mam jednak wątpliwości, że będę jeszcze do nich wracał.

Rafał Chojnacki

Moragh „Best Case Scenario”

Już sama nazwa grupy Moragh może się kojarzyć z celtyckim graniem. Jeżeli dodamy do tego, że tytuły na płycie są w języku angielskim, a mamy do czynienia z folkową grupą z Belgii, to prawdopodobieństwo, ze usłyszymy tu coś celtyckiego, drastycznie wzrasta. A przecież nie otworzyliśmy jeszcze nawet pudełka.
Otwieramy gustowny, kolorowy digi pack, wkładamy krążek do odtwarzacza i słyszymy… bodhran. To znaczy, że jesteśmy w domu! Po chwili oprócz wokali pojawiają się również skrzypce, whistle, dudy i cała masa innych typowych dla celtyckiego grania instrumentów. Ważne jest jednak to, że większość piosenek zawartych na płycie, to autorskie kompozycje. Część z nich napisał gitarzysta i wokalista Peter Ceulemans, w kilku pomogli mu koledzy z zespołu. Są to świetne piosenki, do których chętnie się wraca, zwłaszcza że zespół wspiera Petera wokalnie i tworzy to fajne harmonie.
Śpiewane fragmenty przeplatają wiązanki tańców, czasem pojedyncze melodie taneczne wzbogacają też piosenki. Niektóre z nich napisali instrumentaliści grający w Moragh. Sprawia to, że płyta aż iskrzy się od pomysłów.
Słychać tu sporo nawiązań do irlandzkiego stylu coel nua, jednak zdarzają się też frazy, w których Belgowie udowadniają, że inspiruje ich również jazz, amerykański folk a nawet blues. To ciekawa mieszanka. Album zamyka jedyna tradycyjna piosenka na płycie, czyli „Jock Stewart”.
Muzycy tworzący Moragh, to śmietanka flamandzkiej sceny. Mogliśmy ich już wcześniej słyszeć w takich kapelach jak Urban Trad, MANdolinMAN, Setanta, Daou i Snakes in Exile. Gościnnie na płycie zagrał również Philip Masure, znany z grup Urban Trad i Comas. Każdy, kto kojarzy te nazwy, bez wahania sięgnie po tą płytę. Pozostałym musi wystarczyć nasza rekomendacja.

Rafał Chojnacki

Drumlin „Mackreel Skies”

Drumlin to folkowa kapela z Nowej Szkocji, w umiejętny sposób łącząca irlandzkie tradycje emigrantów ze współczesnym pop-folkowym brzmieniem, do jakiego przyzwyczaiła nas chociażby grupa The Corrs. Podobnie jak rodzina Corrs czy Rankin Family jest to rodzina, którą tworzy dwoje dorosłych (Anya i Dal Gilbert) i dwoje dzieci (Kassia i Liam). Myliłby się jednak ktoś, kto spodziewałby się po ich muzyce braku dojrzałości. To w pełni ukształtowana celtycko-popowa grupa ze sporą ilością typowo folkowych utworów, pokazująca czasem rockowy pazur.
„Mackreel Skies” to płyta na której znajdziemy sporo interesujących piosenek, odwołujących się do historii („I Dyed My Petticoat Red”), tematyki morskiej („Stormy Weather Boys”, „The Sea Captain”) czy też w końcu tęsknoty za starą Irlandią („Down in Old Ireland”). Nie zabrakło również tematyki miłosnej („Sailor Boy”), do której świetny głos ma młodziutka Kassia Gilbert. Piosenki te pochodzą z historycznej kolekcji, należącej do Helen Creighton. Zaaranżowano je na nowo, dodając im indywidualnego, zespołowego charakteru.
Niestety nie wszystkie piosenki są tu godne polecenia. Bezpretensjonalna „Sailor Boy” czy „Homeward Bound”, to utwory na swój sposób urocze, jednak odstające poziomem od reszty materiału. Być może w innym towarzystwie te piosenki zabrzmiałyby lepiej. Ale na „Mackreel Skies” tyle jest dobrej muzyki, że słychać różnicę.

Rafał Chojnacki

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén