Miesiąc: Maj 2013

Saor Patrol „Two Headed Dogs”

Lubię folk-metal, a jego celtycka odmiana jest obok skandynawskiej moim ulubionym połączeniem ciężkiego grania z folkiem. Jednak to, co proponuje nam zespół Saor Patrol przekracza pewne granice.
Grupę tworzy piątka Szkotów, którzy na zdjęciach wyglądają, jak krasnoludy w kiltach, które dopiero wylazły z kopalni. I tak też brzmi ich muzyka, brudno i siermiężnie. Dudy, bębny i gitara elektryczna, to ich pomysł na granie. Przy czym dudy grają najlepiej. Bębny niby powinny być potężne, bo gra na nich aż trzech gości, a brzmią płytko i brakuje im wyrazu. Najgorsze w tym wszystkim są jednak gitary. Brzmi to trochę jak takie harcerskie granie przy ognisku, przełożone na elektryczną gitarę. Co prawda partie tego instrumentu są wstydliwie schowane z tyłu – fakt, grający na nim Steve Legget nie ma się czym pochwalić – ale sam fakt, że i tak niewiele się dzieje w tej muzyce sprawia, że człowiek zatęskni jednak za jakąś solówką od czasu do czasu.
Panowie z Saor Patrol nie śpiewają. W sumie może to i dobrze, bo jak słyszę jak grają, to nie jestem pewien czy chciałbym usłyszeć partie wokalne w ich wykonaniu. Z drugiej strony może byłoby jednak trochę ciekawiej. Albo przynajmniej weselej.
Szkoci wydali osiem płyt, z tym że odkąd trafili pod skrzydła austriackiej ARC na kolejnych albumach pojawia się część starego repertuaru nagranego na nowo. Ale to i tak sporo. Co ciekawe jeszcze niedawno grali bez gitary elektrycznej. I chyba brzmiało to lepiej, ot po prostu proste granie w stylu pipes & drums. Okazuje się więc, że eksperymenty muzyczne nie zawsze się opłacają.

Rafał Chojnacki

Garcia „Woven Ways”

Kateřina García, znana bardziej jako Katka Garcia, to nie tylko wokalistka związana z czeską grupą Dún an Doras, ale również wnuczka słynnego malarza Alfonsa Muchy. Jak się okazuje po rozpadzie Dún an Doras nie zeszła ona z celtyckiej ścieżki. Założyła własny zespół, który nazywa się po prostu Garcia. „Woven Ways” to ich debiutancki album.
Choć droga jest niby ta sama, to jednak od razu widać kto rządzi w nowym zespole. To wokal jest tu głównym narzędziem komunikacji. I dobrze, bowiem Katka ma świetny głos i można było żałować, że wcześniej nie śpiewała tak dużo.
Garcia, to świetna propozycja dla fanów Capercaillie. Nie dość, że głos naszej czeskiej sąsiadki przypomina nieco wokal Karen Matheson, to jeszcze w delikatnych folk-rockowych aranżacjach pobrzmiewają echa celtic funky w stylu tej szkockiej grupy. Nawet tak znane piosenki jak „The Queen of Argyll” czy „The Curragh of Kildare” brzmią w wydaniu Czechów świeżo i ciekawie.
Garcia ma na koncie jeszcze jeden album, zatytułowany „Before Dawn”. Na pewno jego również warto poszukać.

Rafał Chojnacki

Lexington Field „No man`s War”

Muzycy Lexington Field określają swoje granie jako „American Fiddle Rock”, ale nie da się ukryć, że to grupa, która załapała się na nową falę amerykańskiego folkrocka, osadzonego na celtyckim korzeniu. Faktem jednak jest, że pisząc własne piosenki odróżniają się od takich zespołów jak Dropkick Murphy`s czy Flogging Molly. Melodie, które piszą dałoby się sprzedać również w zwyczajnej rockowej oprawie, bez folkowych dodatków. Z nimi jednak brzmią wyjątkowo i znacznie bardziej ciekawie. Faktem jednak jest, że największa siła tego albumu tkwi właśnie w lotnych, świetnie napisanych utworach.
Warto wspomnieć o dwóch zapożyczeniach, które pojawiają się w dwóch kolejnych utworach. Są to „Variation On Promontory” z motywem zaczerpniętym z „The Gael” Dougiego MacLeana, przy czym inspiracją była tu orkiestracja Trevora Jonesa i Randy`ego Eldmana z filmu „Ostatni Mohikanin” Druga pożyczka, to piosenka „The Chemical Worker`s Song”, napisana przez Rona Angela z Cleveland w 1964 roku. Wcześniej wykonywała ją między innymi kanadyjska grupa Great Big Sea.
Najciekawsze utwory, które można wskazać na płycie, to „Crazy Eyes”, „Here`s to You” i „Tumble”. Jednak nie znaczy to, że pozostałym czegoś brakuje.
Na zakończenie warto wspomnieć o rewelacyjnym brzmieniu zespołu. W studyjnych warunkach udało się odtworzyć niesamowicie żywiołową atmosferę, taka, jaką znamy np. z najlepszych płyt The Levellers, gdzie instrumenty akustyczne idealnie współgrają z elektrycznymi. Słychać wyraźnie, że najbardziej istotne są tu skrzypce i wokale. Ale to co się dzieje w tle jest również świetnie zrealizowane. Dlatego właśnie zarówno pod względem wykonawczym jak i producenckim album ten zasługuje na najwyższe uznanie.

Rafał Chojnacki

Sąsiedzi „Brocéliande”

Oto druga płyta zespołu Sąsiedzi, wykonującego szanty i stylowo grany folk morski. Ich debiutancki album – „Wrócić do Derry” – zawierał już podstawowe elementy stylistyki zespołu. Charakterystyczny śpiew i gra na fletach Dominiki Płonki, czy mocny głos Jakuba Owczarka – to atuty, które można było już rozpoznać.
Na płycie „Brocéliande” styl Sąsiadów wyraźnie okrzepł. Zmiany składu wyszły grupie na dobre, zwłaszcza pod względem instrumentalnym. Zyskali pełniejsze, bardziej folkowe brzmienie. Słychać to choćby w nowych aranżacjach, tradycyjnych irlandzkich tańców.
Większość piosenek Sąsiedzi wykonują po polsku. Wyróżniają się wśród nich zwłaszcza: twarda szanta „Flukey Alley”, bogato brzmiąca ballada „Sigurd” i „Kołysanka”, zaczerpnięta z repertuaru The Pogues. Tych, którzy kojarzą formację Shane`a MacGowana głównie z szybkim, punk-folkowym graniem, czeka przy „Kołysance” nie lada zaskoczenie.
Zwłaszcza druga z tych pieśni, nawiązująca do muzyki skandynawskiej, ma w sobie niesamowitą moc. Sąsiedzi oferują tu bowiem nieco inne myślenie o muzyce morza, oparte o skandynawskie korzenie. Dla słuchacza przyzwyczajonego do folku morskiego zwykle kojarzonego z brzmieniami celtyckimi, może to być niespodzianka.
Miłośnicy utworów wykonywanych w oryginale znajdą na tej płycie prawdziwe morskie szanty, takie jak „Roll Boys Roll” czy „Yellow Gals”. Aranżacje są kompromisem między tradycyjnym brzmieniem, a nieco bardziej współczesnymi wykonaniami pieśni a` cappella. W oryginale wykonano też piękną balladę „In London So Fair” i piosenkę-laureatkę Grand Prix festiwalu „Shanties” 2008 – „Johnny I Hardly Knew Ye”. Ciekawostką jest wokalny udział w nagraniach Peggy Sue Amison, irlandzkiej śpiewaczki i dyrektorki Cobh Maritime Song Festival.
Tytułowa, instrumentalna kompozycja „Brocéliande” nawiązuje do lasu elfów z arturiańskich legend. Rzeczywiście, jest w tej płycie coś magicznego. Można jej słuchać kilkakrotnie i za każdym razem odnaleźć dla siebie coś nowego. Szkoda jednak, że zespół nie poszedł trochę dalej tym tropem. Kto wie, może następna płyta będzie w całości celtycko-elficko-folkowa? Nieee… takie rzeczy się u nas raczej nie zdarzają.

Rafał Chojnacki

June & Lula „Sixteen Times”

To pozornie bezpretensjonalna muzyka, oparta na prostych schematach akustycznego folku i dwóch żeńskich wokalach. Pozornie, ponieważ poza amerykańskim folkowo-bluesowym graniem usłyszymy tu kilka niezbyt wygodnych i niezbyt poprawnych politycznie prawd.
Duet June & Lula tworzą dwie Francuzki, które naprawdę mają na imię Céline i Tressy. Niedawno skończyły po dwadzieścia lat i nagrały swój debiutancki krążek, zatytułowany „Sixteen Times”. Wszystko na tej płycie brzmi, jakby czas się zatrzymał. Duch tych melodii pamięta słodkie zespoły, takie jak The Indigo Girls. Zupełnie inaczej jest jednak z tekstami.
Począwszy od utworu „My Girl” otrzymujemy zaśpiewane do tej słodkiej muzyki dość gorzkie piosenki, których ogólna wymowa pełna jest buntu wobec skomercjalizowanego świata, w którym co chwila ktoś próbuje nam narzucić swoją wolę, wiarę czy jedynie słuszną tożsamość seksualną. Dziewczyny walczą z tym wszystkim tak jak potrafią: gitarą i głosem, ze sporadycznym użyciem innych instrumentów. Potrafią użyć dosadnego słownictwa, co pozornie nie pasuje do ich image. I o to chodzi.
W nieco innych, bardziej lirycznych momentach, takich jak ballady „If I Cry” czy „Sixteen Times”, June & Lula wypadają jeszcze ciekawiej niż w słodkich protest songach.
Mam nadzieję, że Francuzki nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa, ponieważ to co grają jest niezwykle intrygujące.

Rafał Chojnacki

Väsen „Mindset”

Dziesiąty studyjny album w dyskografii szwedzkiej grupy Väsen, to okazja by przyjrzeć się kondycji dzisiejszej szwedzkiej sceny. Kiedy Olov Johansson i Mikael Marin zaczynali wspólnie muzykować, o muzyce, jaką chcieli grać, nie słyszano już nawet na wiejskich potańcówkach. Kiedy w 1990 roku, już jako Väsen, nagrali debiutancki album, można było mówić o tym, że współczesna scena folkowa w Skandynawii powili się rodzi. Na rynku była już pierwsza, rewolucyjna płyta Hedningarny, od kilku mat w różnych projektach działał też Ale Möller, którego wpływ na tamtejszą scenę trudno przecenić. Od tego czasu zdążyło się sporo wydarzyć. Zespoły grające muzykę folkową doczekały się sporego wsparcia za strony publiczności, istnieją wytwórnie, magazyny muzyczne, strony internetowe i przede wszystkim festiwale, na których różne spojrzenia na muzykę tradycyjną są bardzo mile widziane.
W takim oto otoczeniu album zatytułowany „Mindset” jawi się nie tyle kolejną płytą znanego zespołu, ale po prostu celebracją skandynawskiego folku. Chcecie zrozumieć na czym ona polega? Posłuchajcie otwierającej płytę kompozycji „Byxen, Fisen & Blåsen”.
Oczywiście nie cały czas jest tak wesoło. Sporo tu również minirowych nastrojów, takich jak w „Polska for Tom Morrow” czy „Pilvi & Eskos Brudvals”, jednak dominuje optymizm.
Słuchając zarejestrowanych tu nagrań nietrudno dojść do wniosku, że że płyta ta wyszła spod zręcznych palców muzyków, którzy nie muszą niczego nikomu udowadniać, z nikim się ścigać czy choćby konkurować. Powód jest bardzo prosty, w obecnej sytuacji zainteresowanie muzyką folkową jest na tyle duże, że scena może pomieścić wiele grup. Pomaga temu spore zainteresowanie skandynawską muzyką na świecie.
Zarówno kondycja sceny folkowej, jak i grupy Väsen wydaje się bardzo dobra, co świetnie wróży na przyszłość. Zarówno scenie jak i zespołowi.

Rafał Chojnacki

Attonitus „Opus II – Von lug und trug”

Słuchając muzyki niemieckiej grupy Attonitus bardzo łatwo dojść do wniosku, że gdyby nie sukces zespołu In Extremo, niemiecka scena folk metalowa wyglądałaby dziś zapewne zupełnie inaczej. Choć wyraźnie słychać, że zespół z Flensburga próbuje wydeptać sobie własną ścieżkę na poboczu, to najwyraźniej idzie mu to wyjątkowo niemrawo.
Niemiecka scena tzw. średniowiecznego rocka jest dziś bardzo duża. W tym tkwi zarówno jej siła, jak i słabość, ponieważ właśnie w tej muzyce próbują swoich sił zespoły, które nie zawsze dobrze czują ducha takiego grania.
Attonitus, podobnie jak In Extremo, to grupa, która zaczęła od akustycznego grania, a później do składu doszły rockowe, czy też raczej metalowe instrumenty. Mam jednak wrażenie, że lepiej zrobiłoby im, gdyby regularnie nagrywali średniowieczne pieśni i melodie, nie wdając się w muzyczne mariaże. Okazuje się bowiem, że właśnie flety, szałamaje i inne dawne instrumenty brzmią w ich wydaniu bardzo ciekawie. Gitary, które właściwie ograniczają się do tworzenia rytmicznej ściany dźwięku, niczego dobrego do tej muzyki nie wnoszą.
O pomstę do nieba woła również wokal. Słychać że Vodric Kurzweyl na siłę próbuje śpiewać jak najbardziej rockowo. Po co? Przecież w radio i tak tego nie puszczą, a w samochodzie przy takiej muzyce można zasnąć po dwóch utworach.

Rafał Chojnacki

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén