Miesiąc: Luty 2011

Sandcarvers „Whiskey Tango Foxtrot”

„Whiskey Tango Foxtrot” to siódmy album w dorobku amerykańskiej grupy The Sandcarvers. Jako że zespół istnieje od wielu lat, wypracował już własne, dość sensownie zorganizowane brzmienie.
Spora część utworów to własne kompozycje, nawiązujące do celtyckiej tradycji. Wszystko to podlane jest intensywnym rockowym sosem. Utwory tradycyjne w nowych aranżacjach, jak „Star of the County Down” czy „John Barleycorn Must Die”, nie powalają pomysłowością, choć ten drugi brzmi zdecydowanie lepiej od pierwszego. Jednak o tym, że warto tej płycie poświęcić kilka chwil decydują raczej kompozycje autorskie, takie jak “Truth Be Told” czy “The Night Before”. Brzmią one ciekawie, lecz wciąż trochę mało przebojowo. Grający tyle lat zespół powinien mieć więcej ciekawych pomysłów.
Ciekawostką jest tu piosenka Van Morisona “Boffyflow and Spike”, do której idealnie wpasowano celtycki motyw.
Jak na siódmy album, to trochę za słabo, jednak miłośnicy celtyckiego rocka na pewno znajdą tak gdzieś coś dla siebie.

Rafał Chojnacki

Róża Wiatrów „Korsarska brać”

Dziś Róża Wiatrów, to już wspomnienie. Zespół przeszedł w stan spoczynku po kilku latach intensywnego muzykowania. Właściwie nagrali tą płytę za szybko. Słychać na niej wszystkie błędy młodości. A jednak dobrze, że się na to zdecydowali. Zbyt wiele ciekawych grup zniknęło, nie pozostawiając po sobie nawet takich nagrań.
Zespół od pierwszego utworu („Hej ruszajmy”) stroi się w pirackie szatki. W swoich kompozycjach zbliżają się dzięki temu do zespołu Mietek Folk, który specjalizuje się w takich piosenkach. Muzycznie nie jest to niestety nic oryginalnego. Mimo irlandzko-folkowych stylizacji w kilku utworach („Korsarska ballada”, „Czarna rafa”, „Lauren Gray”, „Neptun”) autorskie propozycje Róży Wiatrów brzmią raczej jak średnio zaangażowana piosenka turystyczna. Słychać to zwłaszcza w wesoło plumkającej gitarce, radosnych solówkach granych niemal non stop w większości utworów, czy też prostych partiach fletu, którym wyraźnie brakuje polotu, ograniczają się bowiem do skocznych przygrywek. Grający na nim instrumentalista nawet nie próbuje wychylić się choćby odrobinę poza temat, chyba że zdarzy mu się… pomylić. Z resztą po grze muzyków można wnioskować, że morsko-folkowe granie znali wówczas głównie z polskich scen. Nie sięgali za daleko w swoich inspiracjach.
Ozdobą płyty jest jedyny w tym zestawie cover – „Gwiazda z powiatu Down”, czyli polska wersja irlandzkiego standardu „Star of the County Down”, w wersji znanej z płyt zespołu The Bumpers. Róża Wiatrów gra tą piosenkę nieco spokojniej, ale nie odbiera jej to uroku. Widać, że utwór ten musiał się spodobać wrocławskim muzykantom. Druga bardzo dobra piosenka, choć może nie najlepiej zaśpiewana, to ballada „Czas kapitana”. Wychodzi na to, że zespół niepotrzebnie zabrnął w ów galopująco-piracki repertuar, który dominuje na płycie. Może gdyby było spokojniej, płyta byłaby po prostu lepsza. Potwierdza to również utwór „Czas na morze”. Z kolei nieco trywialna tekstowo piosenka „Tibi” zyskuje z kolei wiele na rozszerzeniu instrumentarium. Okazuje się, że gdyby w składzie na stałe znalazły się skrzypce i banjo, całość brzmiałaby o wile ciekawiej.
Mimo ewidentnych braków wciąż uważam, że dobrze że zespół tą płytę nagrał, w końcu to świetny dokument, świadectwo istnienia wrocławskiej kapeli Róża Wiatrów. Gdyby grali dalej, zapewne nieco by się rozwinęli, przez co ta płyta również byłaby inaczej odbierana, choćby jako „grzechy młodości”. A tak mamy to, co mamy.

Rafał Chojnacki

Greenland Whalefishers „Songs from the Bunker”

Norweska grupa Greenland Whalefishers słynie z tego, że ich piosenki brzmią jak The Pogues. Tylko lepiej.
Od czasu gdy legendarny zespół Shane`a MacGowana zamienił się w maszynkę do produkowania kilka razy do roku koncertowych setów składających się niemal wyłącznie z odgrzewanych kotletów, wśród fanów punk-folkowego grania na celtycką nutę rozgorzała dyskusja dotycząca spadkobierców The Pogues. Wiadomo, że wielu z nich – jak Amerykanie z Dropkick Murphy`s i Flogging Molly, czy choćby niemiecka grupa Fiddler`s Green – poszło własną drogą. Są zadłużeni u The Pogues, ale pracują już na własny rachunek. Norweska grupa Greenland Whalefishers należy jednak do tych zespołów, którym stylistyka formacji MacGowana tak bardzo przypadła do gustu, że własne piosenki aranżują dokładnie tak, jakby grali covery Poguesów. Owszem, zdarzają się skoki w bok, ale epizodycznie.
Album „Songs from the Bunker” pokazuje formację w bardzo dobrej formie. Od punkowo brzmiącego „Intro”, w które wdzierają się przebojem folkowe instrumenty, przez pubowe zaśpiewy w „Waiting” i nawiązujący do stylistyki wczesnych The Pogues „Police Chief Inspector”, po wesołe partie instrumentalne w „Rich Holder At Thorp Arch” i punk-folkowy hymn „Put Me On A Train” – kapela daje z siebie wszystko.
W odróżnieniu od poprzednich albumów na tej płycie Norwedzy brzmią nieco ostrzej, bardziej gitarowo. Jeżeli miałbym dalej trzymać się porównań do najbardziej znanej kapeli z tego nurtu, to „Songs from the Bunker” bliżej do ostatnich albmów The Pogues – „Waiting For Herb” i „Pogue Mahone”. Różnica jest jednak taka, że mimo trochę cięższego brzmienia, Greenland Whalefishers zachowali więcej celtyckich elementów. Ich idole romansowali w tym czasie z muzyką świata.
Na nowej płycie norweska grupa pokazuje, że tzw. „Paddy Punk”, to wciąż ich domena, stylistyka, w której czują się dobrze i wewnątrz której dalej chcą się poruszać. To dobrze, ponieważ od niektórych kapel nie powinno się wymagać zmian konwencji, które sugerowałyby rozwój zespołu. Greenland Whalefishers brzmią obecnie bardzo dobrze i tak powinno zostać.

Rafał Chojnacki

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén