Miesiąc: Lipiec 2006 (Page 1 of 4)

Vendettas „Demos”

Kiedy po nagraniu bardzo dobrej płyty „Pogue Mahone” zespół The Pogues poszedł w rozsypkę muzycy tej grupy zajęli się swoimi sprawami, niektórzy zaczęli pojawiać się gościnnie w różnych projektach lub nagrywać solo (jak James McNally) inni reaktywowali stare kapele (jak Phil Chevron). Jednak Spider Stacy, który w Pogues zastępował przy mikrofonie Shane`a Mac Gowana, postanowił (podobnie jak Jamie Clarke), że założy nowy band, a nawet dwa. Jedne z nich, to Wisemen, drugi zaś to The Vendettas.
Zespół The Vendettas nigdy nie wydał prawdziwej płyty, choć na Folkowej znajdziecie wkrótce recenzje ich kolejnych wydawnictw (bootlegów), warto jednak o tej grupie wspomnieć.
Płytka zatytułowana „Demos”, to robocze wersje czterech utworów z których trzy napisał Spider, a „You Bring Me Round” to kompozycja całej kapeli. Mimo że to demówka, to słychać, że The Vendettas brzmią ciężej niż The Pogues, wiąkszą rolę odrywa tam gitara, a akordeon i whistle mają tylko nadawać klimatu.
„Better Than Anything” to utwór kojarzący się trochę z The Cure, „River Song” zaś mogłoby być kolejnym utworem The Pogues (gdyby zdecydowali się na więcej gitar). Widać, że Spider ma swój styl pisania piosenek, śpiewa też dość charakterystycznie. Wspomniany już „You Bring Me Round”, to najbardziej skomplikowany utwór, ballada mogąca się kojarzyć z niezbyt udaną płytą „Waiting for Herb” macierzystej kapeli Spidera.
Płytkę zamyka chałaśliwy punk rockowy „Louise”.
Nie jest to może mistrzostwa świata, ale skoro nie wiemy czy Poguesi kiedykolwiek coś nowego jeszcze razem nagrają, to takie wydawnictwa nabierają smaku.

Taclem

Various Artists „Sviests”

Album ten w sympatyczny sposób prezentuje nam ciekawą i różnorodną scenę folkową z Łotwy.
Płyta rozpoczyna się dość tradycyjnie, utworami zespołów Laikme i Auri, ktore stanowią dziś czołówkę łotewskiego folku. Z kolei Lidojosais paklajs to już współcześniejsze wykonanie, stylizowane na archaiczne brzmienia, ale noszące na sobie pietno grania spod znaku Dead Can Dance i Hedningarny.
Vilkaci proponują starą pieśń, nawiązującą do najstarszych melodii bałtyckich, zaś Patina to projekt proponujący spojrzenie na folk poprzez klimat, w tym przypadku nieco oniryczny. Delve proponują nawiązania do tematów rytualnych, zaś Kristine Karkle to taka folk-rockowa kraina łagodności. Podobny klimat, choć bez rockowych wstawek kontynuuje grupa Kokle.
Znana nam już z łamów Folkowej grupa Auli proponuje z kolei kawał solidnego grania w stylu medieval-folkowym. Taka muzyka na pewno spodobałaby się na niemieckiej scenie średniowiecnego grania. Zespół Skandinieki wraca do brzmień tradycyjnych, wyraźnie stawiając na chóralny zaśpiew.
Największym zaskoczeniem w tym zestawie jest udział znanej folk-metalowej grupy Skyforger, w ten sposób rzeczywiście mamy bardzo szerokie spektrum folku Łotyszy.
Trejasmens wracają do chóralno-rytualnego śpiewania, choć tym razem dominują męskie głosy. Do bardziej współczesnego brzmienia nawiązuje za to folk-rockowy Didinieks.
Lekkie, nieco nawiązujace do brzmień muzyki dawnej granie spod znaku Ceiruleits ciekawie łączy się z etniczno-magicznym brzmieniem grup Lans i Kala Jeng.
Tak jak zaczynał się ten album, tak też się kończy. Tym razem bardziej tradycyjne brzmienia proponują nam grupy Laiksne, Risa zvejnieki i Visi veji.
Albumy takie jak „Sviests” to skarb dla każdego, kto dopiero odkrywa bogaty skarbiec jakiejś kultury. Dla mnie Łotwa była dotąd domena dwóch-trzech zespołów. Teraz nieco się to zmieniło i to właśnie dzięki tej płycie.

Taclem

Switchback „Bolinree”

Zastanawiałem się cóż to jest ten Switchback i co nowego zamierza mi pokazać z takimi piosenkami, jak „Star of the County Down”, „Drunken Sailor” czy „The Hills of Connemara”. Okazuje się, że jest to duet, któy tworzą Martin McCormack i Brian FitzGerald. „Bolinree” to ich ósmy album, a grają razem od 19 lat, więc coś prawdopodobnie przegapiłem.
Na tej płycie duet Switchback wspomagają liczni goście, jak choćby Liz Carroll, John Williams (z grupy Solas), czy perkusista Brian Wilson (na codzień grający z Eltonem Johnem). Cóż ten skłąd wymyślił? Na przykład ze „Star of the County Down” zrobili hard rockową balladę z solówką na boxie. „Drunken Sailor” to z kolei ballada country w stylu Johnny`ego Casha. Trzeci ze wspomnianych evergreenów – „The Hills of Connemara” – został zaaranżowany a`la The Pogues, z tym, że ostrzej, niż zrobiła to wspomniana kapela.
Muzyka irlandzka z silnymi wpływami country, zagrana z dużym poczuciem humoru, to właśnie wizytówka grupy Switchback. Trzeba będzie rozejrzeć się za pozostałymi siedmioma albumami.

Taclem

Susanne Lundeng „Drag”

Susane pięknie gra na skrzypcach i równie pięknie śpiewa, choć to ostatnie czyni rzadko. Na dodatek wykonuje muzykę norweską – tradycyjną i współczesną – w bardzo ciekawych aranżacjach.
Album otwiera dość ascetycznie, ale ciekawie zagrany mazurek. W pewnym sensie stanowi on kwintesencję całego klimatu albumu. Możliwe, że gdybym znał wcześniejsze albumy Susanne Lundeng, to „Drag” nie robiłoby na mnie takiego wrażenia. Ale bez przygotowania na te dźwięki zostałem po prostu zmuszony do wsłuchiwania się w płynące powoli i leniwie nuty. Zauroczyły mnie kompletnie.
Niemałą rolę odegrali tu zapewne muzycy sesyjni. Gra tu na przykład świetny kontrabasista – Stan Poplin, na co dzień będący muzykiem grupy Ford Blues Band. Na jego gre zwróciłem uwagę przy utworze „Polsdans” i później już wsłuchiwałem się w kontrabas z uwagą.
Bardzo ciekawie dzieje się też w „Halling”, gdzie nagle pojawia się perkusja. Nie jest to jeszcze typowe folk-rockowe granie, ale świetnie wibruje, nadając barowo-jazzowego charakteru prawdziwie folkowej kompozycji. Dopiero druga część, kojarząca się z polką nabiera bardziej rubasznego kształtu. Jazz powraca do nas w „Brurmarsj”.
Inną ciekawostką jest tu wariacja na temat irlandzkiego reela, zatyrułowana „Ril”.
„Drag” to płyta piękna, inaczej trudno ją opisać. Jest stonowana i spokojna, mimo kilku szybszych momentów wciąż tchnie powagą i przemyślaną koncepcją grania.

Taclem

Raznotravie „Katorga”

Raznotravie to jedna z tych kapel, w których grze słychać celtyckie brzmienia, inspiracje muzyczne są czytelne, a jednak grają już własną muzykę. Utwory z płyty „Katorga”, to doskonała wizytówka grupy. Co się na niej wyróżnia?
Świetna ballada „Greshnik”, to jeden z najlepszych współczesnych utworów folkowych zza naszej wschodniej granicy, jakie słyszałem. „Yarilo” rozpoczyna się solem irlandzkiego bodhranu, do którego dołączają powoli kolejne instrumenty, tworząc w końcu świetny taniec, który można określić po prostu europejskim. Mimo, że śpiewają w nim po rosyjsku, to wpływy muzyki z Europy zachodniej są bardzo widoczne. Są w nim echa folk-rocka, a nawet dokonań Jethro Tull. Podobny klimat, choć skierowany nieco na Skandynawię odzywa się w „Tropka”.
Z tych utworów wywnioskować można jedno – warto szukać więcej.

Rafał Chojnacki

Nigel Burch And The Flea-Pit Orchestra „Bottle Sucker”

Kolejna nietypowa płyta, która może zainteresować fanów The Pogues. Andrew Ranken, pałker tej grupy, połączył swoje siły z ulicznym bardem Nigelem Burchem. Dobrali kilku muzyków i nagrali płytę, którą zaczęto porównywać do The Tiger Lillies.
Nigel to nieźle zakręcony facet, jego piosenki bywają straszne, śmieszne („Me And All The Other Vegetables”!) lub po prostu dobre. Nie ma tu utworów ludowych, ale uliczny, miejski folk w dobrych aranżacjach broni się i bez tego. Niekiedy mamy stylizację na coś słowiańsko-żydowskiego, jak w „I Used To Be Mad”, ale to wciąż autorskie piosenki.
Kontrabas, banjo i skrzypce tworzą czasem klimat, którego nie powstydziliby się ani Nick Cave ani Tom Waits. Posłuchajcie wspaniałej „Ballad Of The Bogeyman” lub mocno odjechanej „Hello Young Lovers”, a zrozumiecie bez problemu na czym polega fenomen Nigela. Kto wie, może ciekawie byłoby usłyszeć go razem z Shane`m MacGowanem? Niektóre z pijackich songów Burcha pewnie by mu przypasowały.

Taclem

Mervent „2”

O tym, że w Rosji istnieje bardzo silna scena celtycka, na której pojawiają się naprawdę dobre kapele, pisałem już nie raz. Mam nadzieję, że w kolejnych miesiącach uda mi się przybliżyć nieco czytelnikom Folkowej muzykę tamtejszych grup.
Mervent, bo od tej grupy zaczynamy, to zespół uznany za naszą wschodnią granicą.
Ich płyta zatytułowana „2” zdominowana jest przez brzmienia bretońskie (piękne „Jenovefa Rustefan” i „Ev Sistr” to wizytówki tego albumu), nie tak często eksplorowane przez Rosjan. Czasem dorzucają coś irlandzkiego, jak „High Germany” czy „Tarbolton Reel”. Muzyka bretońska ma w sobie coś mistycznego, a na dodatek Rosjanie dorzucajądo tego koktailu coś od siebie – słowiańską duszę i niezłe umiejętności muzyków.
Tak jek kiedyś zachwycałem się graniem węgierskiej grupy Bran, która potrafiła z celtyckiej muzyki wyczarować to co na początku wydobywał z niej Clannad (merventowskie wykonaie gaelickiego „Nil Se n`a La”, to wlaściwie cover wersji granej przez Irlandczyków), albo też do czego Alan Stivell potrzebuje całej gamy klawiszowych podkładów, tak teraz te same słowa muszę skierować pod adresem grupy Mervent, która stworzyła piękną i bardzo „pełną płytę”. Czasem zdaje się, że muzycy nie grają, tylko snują muzykę.
Perałką płyty jest rosyjski temat „Pidu v Sadochok, Narvu Kwitochok”, zagrany na modłę celtycką, jako instrumentalna ballada.

Taclem

Meantime „The Blue Men of the Minch”

Dudy i rockowe granie, to ostatnio coraz częściej spotykane połączenie. Pojawiają sięnawet w popowych utworach. Nie znaczy to na szczęście, że wszyscy Szkoci tak grają.
Grupa Meantime proponuje nam granie bez elementów współczesnego (rockowego) brzmienia. Już od pierwszego utworu nie mamy złudzeń i słyszymy, że brzmi tu głównie muzyka tradycyjna. Nie jest to jednak takie typowe granie, są bowiem współcześniejsze elelmenty, ot choćby harmoniczne, ale znacznie lepiej zakamuflowane, nie narzucające się.
Na płycie nie brakuje pięknych moementów, trudno bowiem nie wzruszyć się choćby przy utworze takim jak „Grimsay Boat Day”.
Meantime to doskonały przykład na to, że można dziś grać w miarę tradycyjnie i podobać sięszerszej publiczności, Szkoci należą bowiem do zespołó dość znanych, zwłaszcza na rodzimych Szetlandach.

Taclem

Kristine Robin „Everchanging Tides”

Zbiór pięknych piosenek w nowo-celtyckim stylu, to właśnie to czego oczekiwałem patrząc na okładkę debiutanckiej płyty Kristine Robin. Okazuje się jednak, że pisząc o jej muzyce w tak jednowymiarowy sposób popełniłbym spory błąd.
Kiedy w pewnym momencie (gdzieś na poziomie tytułowego „Everchanging Tides”) moje ucho wychwyciło całkiem inne brzmienia. Coś tam grało, jakby bardziej po indiańsku. Szybko sprawdziłem więc kilka rzeczy w biografii Kristine i okazało się, że mimo iż urodziła się w szkockiej wiosce i wychowała wśród rybaków, to w późniejszych latach zamieszkała w amerykańskich Apallachach i została przyjęta do plemienia Arapaho, do którego należał jej ojczym.
Kiedy już nawiązania do indiańskich klimatów przestały mnie dziwić i jeszcze raz posłuchałem płyty, okazało się, że to bardzo dobry i bardzo ambitny album. To znacznie więcej, niż kolejne popłuczyny po Enyi. Kristine Robin wyznacza swoją własną trasę w muzyce folkowej lekko podbarwionej popem.

Taclem

Jacek Kaczmarski „Suplement”

Pisać w jednej recenzji o siedmiu składających się na ten box płytach, to bardzo karkołomna sprawa. Jest tu bowiem kilkaset niepublikowanych nagrań Jacka Kaczmarskiego. Nie wszystkie z nich są kompletnie nieznane, ale takie przeważają. Myślę jednak, że właśnie tak, zbiorczo powinno się o tym zbiorze pisać, mają bowiem ze sobą wiele wspólnego – to Kaczmarski w oddaleniu od przebojowych pieśni. Wielu z tych utworów nie wykonał nigdy na żadnym koncercie, są to więc często jedyne znane światu wersje.
Trzy pierwsze płyty, a więc jednorodna większość, to nagrania z lat 1984-1990, kiedy to Jacek na emigracji pracował w Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa. Często piosenki te mają charakter bardzo impresjonistyczny, są reakcją na konkretne, czasem nawet błahe wydarzenia. Bardzo ciekawa jest jednak piątka starszych (lata 70-te) piosenek, z których wyróżnia się mocno inspirowana stylem Włodzimierza Wysockiego „Ballada o spotkaniu”. Najpiękniejsze pieśni z pierwszych trzech płyt, to właśnie efekt swoistej rusofilii Jacka – „Pielgrzymka”, „Śmierć Jesienina”.
Są tu oczywiście również piosenki, które odnajduje się z sentymentem, jako dawno temu słyszane. Nagrane przez mojego ojca z Wolnej Europy epitafium „Kazimierz Wierzyński” to właśnie tak piosenka, którą znam od dziecka, choć tasma z nią już dawno dokonała swego żywota. Unikatem jest również wykonana przez Jacka, a znana zwykle z repertuaru Przemysława Gintrowskiego piosenka „Autoportret Witkacego”, z nieco różniącym się miejscami tekstem. Podobnie ma się sprawa z piosenką „Dylemat”.
Ciekaw jestem jak wygląda tak naprawdę sprawa z piosenką „Ciężki deszcz”. Tekst jest wolnym tłumaczeniem piosenki „A Hard Rain`s A-Gonna Fall” Boba Dylana, styl wykonania z resztą też do niego nawiązuje. Tymczasem jako autor muzyki zapisany jest Jacek.
Jest na tych płytach oczywiście również cała seria nieznanych dotąd poetyckich interpretacji malarstwa światowego, lektur szkolnych, baśni dzieciństwa. To doskonałe uzupełnienie oficjalnych programów. Doskonałym zamknięciem pierwszej trójki jest przeróbka Wysockiego pt. „Statki”. Co ciekawe ten sam utwór zrobił u nas wiele lat temu zespół Mietek Folk („Okręty”), różnica między tymi wersjami jest po prostu kolosalna – Kaczmarski jest oczywiście bliżej Wysockiego.
Czwarta płyta nosi tytuł „Polskie Radio Wrocław”, pod tak trywialną nazwą kryje się sesja stosunkowo nowa, bo zrealizowana w 2001 roku. Są tu dwadzieścia dwa (spośród niemal dziewięćdziesięciu nagranych) utwory, głównie starsze, które nie doczekały się wcześniej profesjonalnych nagrań. Jako że część repertuaru pokrywała się z archiwalnymi nagraniami RWE, postanowiono wybrac te rzeczywiście rzadkie i opublikowac w takiej formie. Sporo tu typowo „kaczmarskich” ballad, jest też słynna „Korespondencja klasowa”, znana z nieoficjalnych nagrań koncertowych. Pojawia się też rzecz rzadka w repertuarze Kaczmarskiego, rosyjska piosenka melodia tradycyjna, przetłumaczona jako „Czarne suchary”. Pojawia się znów Wysocki (Siedzimy tu przez nieporozumienie”) i dwa przekłady Brassensa („Grajek” i „Ballada dla obywatela miasteczka P.”). Spośród piosenek autorskich warto na pewno zatrzymać się na dłużej przy „Powódź” i „Liście do redakcji „Prawdy” z 13 grudnia 1981″.
Kolejny krążek, to „Rarytasy i niespodzianki”, najgorszy pod względem technicznym, ale – zgonie z tytułem wypełniony ciekawostkami. Jednak dzięki dość odważnej decyzji wydawcy możemy w końcu usłyszeć wspólne nagranie Jacka z Piotrem Gierakiem, z którym zaczynała się kariera Kaczmarskiego w czasach studenckich. Jest tu też kilka piosenek, które można uznać, za „out-takes” (polski termin „odrzuty” jakoś mi tu nie pasuje), np. „Rozróżnienie” i „Mroźny trans metafizyczny”, które miały znaleźć się na płycie „Pochwała łotrostwa”.
Spośród rzadkich wykonań warto zwrócić uwagę na piosenki: „Ostatnia mapa Polski”, „Piosenka o radości życia” (znów Wysocki) oraz kończący album utwór „Requiem rozbiorowe”, który jest ostatnią piosenką zarejestrowaną przez trio Kaczmarski – Gintrowski – Łapiński.
Płyta numer sześć, czyli „Dodatki”, to alternatywne wersje znanych piosenek (chciałoby się rzec przebojów, choć utwory te nie trafiały na żadne listy), zarejestrowane w większości podczas koncertów ze Zbigniewem Łapińskim we wczesnych latach 90-tych. Wśród nich na szczególną uwagę zasługuje piękna aranżacja „Barykady”, oraz „Rozbite oddziały”. Są też piosenki wykonywane z Przemysłaem Gintrowskim, oraz przez Przemka solo (wersje utworów Jacka z płyt Gintrowskiego).
Cały zestaw zamyka płyta, która wymyka się jakiejkolwiek recenzji, jest bowiem zbiorem dwudziestu wierszy wybranych z tomu pt. „Tunel”, recytowanych przez Andrzeja Seweryna.
Wydanie to jest dość monumentalną dawką piosenek Jacka Kaczmarskiego. Podejrzewam, że sama zawartość może zainteresować nie tylko sympatyków piosenek czołowego polskiego barda. Nowe pokolenia dojrzewają do takich piosenek i taka pigułka może sprawić, że i oni znajdą tu coś dla siebie. Bo dla fanów poezji i muzyki Jacka to oczywiście pozycja obowiązkowa.

Rafał Chojnacki

Page 1 of 4

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén