Miesiąc: Maj 2005 (Page 1 of 5)

Skanda „Skanda”

Asturyjscy folk-rockowcy i ich pierwsza płyta. Zaczynają od przedstawienia się utworem „Skanda”. Dość ostre granie rockowe z dudami. Nie jest to jednak na tyle mocne, żeby kogoś zniechęcić. Polscy bywalcy imprez celtyckich uśmiechną się pewnie słysząc jedna z melodii z seta „Tormaleo”, gra ją bowiem nasze rodzime The Reelium.
„Belanduries” to granie funky-folkowe, ani zbyt udane, ani kiepskie. Jest to jednak jeden ze słabszych utworów. Z kolei „Estrana sorrisa” to pierwsza w zestawie piosenka. Ostry celtycki rock we wstępie zostaje nieco złagodzony przez spokojny wokal. Znacznie konsekwentniej wypada pod tym kątem folk-rockowy utwór „El vasu cerveza”, w którym wyraźne są irlandzkie korzenie. Jazzujący „Xuanín l´ayerán” to świetny kawałek, trzeba przyznać, że doskonale udało się połączyć nowoorleańskie wpływy z asturyjską melodią.
Utwór „Pink folk” można określić jako instrumentalną balladę folk-rockową. Całkiem niezła to balladka, warto więc ją polecić. „Habana 1/2 nueche” brzmi jak beztroska, folkowa zabawa instrumentalna. Nie jest ona jednak bynajmniej pretensjonalna.
Przestrzenna melodia „Fai un flai” kojarzy się znów z funky-folkowymi rytmami. W pulsujący rytm świetnie wplecione są asturyjskie dudy. Następująca po niej „Mecigaya suite” niespodziewanie kojarzy się z brzmieniami muzyki dawnej. Zagranej folkowo, ale niemal barokowej w klimacie. Podobny, choć spokojniejszy i bardziej nostalgiczny klimat utrzymuje się w melodii zatytułowanej „L´afilaor”. Jednak druga część tego utworu skręca niespodziewanie w kierunku progresywno-rockowym.
Na zakończenie dostajemy spokojną piosenkę pt. „Qu´esnale mio voz”, bardzo miły, finalny akcencik. Nie wyłączajcie po nim płyty! Jest tam ukryta ścieżka z jeszcze jednym utworem.
Już na debiucie asturyjska Skanda jawi się jako zespół ukształtowany, w pełni świadomy kierunku w którym chce się rozwijać.

Taclem

La Chevre Rouge „La Chevre Rouge”

Trudno powiedzieć, że to debiutancki album Francuzów, gdyż są tu tylko cztery utwory. Można więc stwierdzić, że to prezentacja, demo tej folk-fockowej grupy. A oto z czym mamy do czynienia na płycie.
Tradycyjnie rozpoczynające się „La ballade de Marie-Jeanne” przechodzi w art-rockowe granie z folkowymi elementami. Brzmi to dość niecodziennie i ciekawie. „Saint Martin de Ré” to już folk-rockowa jazda od początku. Piosenka ta przypomina mi stylistykę naszego rodzimego zespołu Szela, bardzo konkretne i przemyślane granie. Z kolei „Lo Parpahlou” kojarzyć się może nieco z graniem grupy Malicorne. Ostatni utwór, to wesołe „Les Va-nu-pieds”. Trudno się nie uśmiechnąć słuchając tej piosenki.
Po spróbowaniu tej grupy chciałoby się więcej. Mam nadzieję, że wkrótce coś jeszcze wydadzą.

Rafał Chojnacki

Canterach „Canterach”

Album zaczyna się od bardzo ostrego wejścia. Tradycyjne, taneczne granie rodem ze Szkocji niemal podrywa do zabawy. Tak własnie brzmią na tej płycie wszystkie kompozycje instrumentalne.
Nie jest jednak tak, że od początku do końca tańczymy. Okazuje się, że Canterach, to również zespół potrafiący zagrać bardzo nostalgicznie. Już na samym wstępie dostajemy świetną balladę i ta tendencja – przeplatanie szybkich tańców z piosenkami i wolniejszymi melodiami – utrzymywana jest do końca płyty.
Ross Kennedy, wokalista zespołu, obdarzony jest solidnym głosem, mogącym kojarzyć się z Dougie MacLeanem (z resztą grał, podobnie jak on w The Tannahill Weavers) lub Dickiem Gaughanem. Polscy słuchacze mogą kojarzyć go przede wszystkim z zespołem The Iron Horse.
Podobieństwem między The Iron Horse a Canterach jest żywiołowość. Obie grupy czerpały z bogatej szkockiej tradycji, różnicą są tu raczej muzycy. Jednym z najciekawiej grających jest tu Alastair McCulloch, skrzypek związany również z Scottish Fiddle Orchestra.
Album „Canterach” to pozycja nie tylko dla Celtofili, zwłaszcza ballady mogą urzec właściwie każdego. Polecam wyszukanie tej płyty.

Taclem

Ar Re Yaouank „Troisieme Acte”

Bretońscy folkowcy z Ar Re Yaouank, to pierwsza liga kontynentalnej muzyki celtyckiej. Czasem zagraj też folk-rockowo i tak właśnie zapowiada się ta płyta.
Na straży jakości stoją w tej grupie bracia Fred i Jean-Charles Guichen, znani z takich projektów, jak Guichen Quartet, czy Bran. Występowali oni też na kilku ważnych płytach innych bretońskich wykonawców.
„Akt trzeci”, bo tak trzeba by przełożyć tytuł tej płyty, to zestaw melodii tanecznych z Bretanii, poddanych unowocześniającej obróbce.
Mieszanka jazzu, rocka i folku w wykonaniu Ar Re Yaouank to muzyka, która jednocześnie porywa do tańca i świetnie nadaje się do słuchania. A to duża rzadkość.
Zespół wymyka się czasem ściśle folk-rockowym ramom i, tak jak w „Evelkent Evelkent” gra niemal całkiem akustycznie. Innym razem trafia nam się np. instrumentalny utwór, który potrafi zaczarować swą lekkością i transowością. Tak jest z ponad pięciominutowym motywem pt. „Pellder”.
Dominują jednak szybsze utwory, bardziej nadające się do bretońskich tańców. Z nich wyróżnia się bardzo ostry „Battle Swing”.
„Troisieme Acte” to płyta, obok której trudno przejść obojętnie. Polecam ją wszystkim wrażliwym na dobrą, folkowo zorientowaną muzykę.

Rafał Chojnacki

Ryczące Shannon Project

Koniec 2004 i początek 2005 roku przyniósł bardzo ciekawe informacje z rodzimego obozu szantowego i celtyckiego. Dwie bardzo znane grupy – Ryczące Dwudziestki i Shannon – postanowiły połączyć swoje siły we wspólnym projekcie.
Powstał w ten sposób liczący jedenaście osób zespół, w którym silne wokale wspierane są przez silną, folk-rockową sekcję.
Materiał ten spotkał się z dobrym odbiorem na koncertach, na początku 2005 roku ukazał się singiel zatytułowany po prostu „Ryczące Shannon Project”. Na wrzesień planowana jest płyta.

Skład projektu:
Andrzej Grzela „Qńa” – wokal
Wojciech Dudziński „Sęp” – wokal
Janusz Olszówka „Yasieq” – wokal
Andrzej Marciniec „Martinez” – wokal
Bogdan Kuśka „Bodziec” – wokal
Marcin Rumiński – low whistle, highland bagpipes, uillean pipes, śpiew
Sebastian Bednarczyk – bouzouki, gitara elektryczna
Bartek „Kuba” Kondrat – gitara, śpiew
Marek Kwadrans – bodhran
Paweł Piórkowski – gitara basowa
Maciej „Adaś” Pancer – perkusja

Ryczące Shannon w Internecie: www.ryczaceshannon.art.pl
Ryczące Dwudziestki w Internecie: www.ryczace20.pl
Shannon w Internecie: www.shannon.art.pl

Troissoeur „3S”

Dość nietypowa folk-rockowa płyta. Mamy tu dobre, choć może nieco dołujące piosenki, zagrane z użyciem skrzypiec, akordeonu, kontrabasu, gitar i odrobiny elektroniki. Ich muzyka z jednej strony ociera się o pop, z drugiej o akustyczny ambient, tkwi korzeniami w folk-rocku, zaś w głosie wokalisty pobrzmiewają czasem echa typowe dla Bono – wokalisty irlandzkiej grupy U2.
Jeśli zastanawiacie się, czy to nie za dużo, jak na jedną płytę, to powiem szczerze, że nie wiem. Co prawda te porównania i analogie, to głównie moje własne odczucia, jest ich tu rzeczywiście sporo, ale z drugiej strony płyta jest dość równa. Myślę, że z takiego kolażu nawiązań i podobieństw wyłania się coś, co można nazwać ich własnym stylem.
Troissoeur grają niewątpliwie muzykę progresywną, muzykę świata, ale tez odciętą od tego, co kojarzy się typowo z folkiem. Nie ma tu ludowych tańców, są za to świetne, bardzo niekiedy ciekawe partie instrumentalne. Na pewno nie jest to folk nawiązujący do kraju zamieszkania muzyków tworzących Troissoeur. Są oni Belgami, a brzmienia z tej części Europy są nieco inne.

Rafał Chojnacki

Navigators „Glory, Glory”

The Navigators, to zespół reprezentujący nurt alternative country, czyli amerykańską odpowiedź na folk-rocka, nie skażoną popową papką tzw. „coutry rocka”. The Navigators bliżej do Johnnyego Casha i Boba Dylana skrzyżowanych z The Pogues, niż do Gartha Brooksa.
Płyta „Glory, Glory”, to tylko sześć piosenek. Tylko sześć, ale za to wystarczająco dużo, by zrozumieć o co zespołowi chodzi.
„One Line Epitaph” to właśnie taki urockowiony Dylan. Jest tu świetna harmonijka ustna. Dalej, w „I See You Clearly” mamy trochę południowych gitar, ale to wciąż amerykański folk-rock w przybrudzonej nieco szacie. W brzmieniu jest też trochę starych Rolling Stonesów i the Waterboys, choć wątpię, czy to nawiązania świadome.
W balladzie „The River” odnaleźć można echa starych ludowych piosenek, amerykańskich historii rodem z czasów trampów. Z kolei „Blackout” to klimat starej, zadymionej knajpy. Piosenka ta świetnie wpisuje się w klimat alternative country. Do poprzednich skojarzeń dodałbym tu jeszcze Nicka Cave`a.
Piosenkę „Bow” rozpoczynają dźwięki banjo, mamy więc znów nawiązanie do amerykańskiej tradycji, tym razem instrumentalne. Póxniej pojawiają się tu jeszcze harmonia i slide guitar, jest więc dość tradycyjnie.
Na koniec mamy dość nowoczesną piosenkę, która jednak korzeniami tkwi w tradycyjnym bluesie. „I Can`t Breathe” to świetna piosenka do grania w radio.

Rafał Chojnacki

Forest „Full Circle”

Drugi albumy jednej z ciekawszych grup angielskiego psycho-folka. Muzyka, która wyrosyła wśród zielonych traw Woodstock i zawitała do Wielkiej Brytanii, szybko znalazła tam licznych kontynuatorów, zwłaszcza w nurcie folkowym.
Oryginalnie album „Full Circle” wydano w 1970 roku.
Pojawienie się grupy Forest zapowiadało późniejsze, choć bardziej dziś znane zespoły, takie, jak Fairport Convention i The Incredible String Band. Album ten można uznać za prekursorski w stylu europejskiego folk-rocka.
Forest to trio, w którym prym wiedli bracia Martin i Hadrian Welham. Towarzyszył im Derek Allenby, a na tej płycie dodatkowo wspierał ich Gordon Huntley, grający na steel guitar w utworze „Hawk the hawker”.
Mimo upływu lat muzyka ta nie straciła wiele ze swojego uroku. Wciąż są tu widoczne powiązania z amerykańską sceną, czuć jednak znacznie większe przywiązanie do europejskiej tradycji. Nie jest to jeszcze tak dosłowne czerpanie z angielskiej tradycji, jakie zaproponowała grupa Steeleye Span, ale trzeba przyznać, że momentami autorskie pomysły członków grupy Forest robią niesamowite wrażenie. Jedyny tradycyjny utwór na płycie „Full Circle”, to „Famine song”, znana częściej, jako „The Praties”, piosenka o Wielkim głodzie w Irlandii.
Łatwo odnieśc wrażenie, że muzycy przerastają klasyków takiego grania – duet Simon & Garfunkel.

Taclem

Band From County Hell „In My Mind”

Trzeci album Anglików z Band From County Hell jest dość nietypowo opisany, jako płyta zespołu „Julie McLelland & the Band From County Hell”. Jest to o tyle dziwne, że Julie jest główną wokalistką i autorką części piosenek zespołu od wielu, wielu lat. Ani wcześniej, ani później grupa nie umieszczała jej nazwiska na okładce. Czemu tym razem zrobiono inaczej? – tego nie wiem. Skupmy się jednak na muzyce.
Jak może brzmieć zespół, który swoją nazwę zawdzięcza jednemu z utworów zespołu The Pogues? Otóż na początek trochę inaczej. Może i zespół Shane`a MacGowana był dla BFCH inspiracją, ale piosenka „Prison Walls” nie od razu brzmi podobnie. Jest najpierw spokojna, nieco mroczna, później dochodzą `fiddlujące` skrzypce i galopująca perkusja, coś w stylu pojawiających się czasem wschodnich inspiracji The Pogues. Głos Julii rozwiewa jednak wszelkie porównania pod kątem wokalnym.
„In This Small Town” to piosenka, która świetnie zabrzmi w każdym irlandzkim pubie na świecie. Jak wszystkie utwory, tak i tan Julie napisała z mężem – Steve McLellandem. Śpiewany przez niego „But It Did”, to coś na kształt punkowej piosenki zagranej na folkowo. Bliżej jej do Flogging Molly, ale to pewnie właśnie za sprawą ostrego wokalu i dość ostrej motoryki.
„Kimming Time” daje nam do zrozumienia, że zespół potrafi ciekawie rozplanować aranżację utworu. Warto tego posłuchać.
Nieco dziecinna, bardzo wesoła piosenka „Oor Lassie” stanowczo odstaje od reszty melodii. Jeśli słucha się płyty w odpowiedniej kolejności, to następuje po niej balladka „I`d Like To Get To Know Ya”, właściwsza stylistyce zespołu.
Opowiadająca o oszustwie piosenka „You`re A Liar” mogłaby być radiowym hitem, mało w niej pierwiastków celtyckich, właściwie tylko tin whistle i skrzypki przygrywające coś czasem. Na szczęście sytuacja poprawia się wraz z utworem „Hero”, który z powodzeniem odnalazłby się na którejś z wczesnych płyt The Levellers.
Wolny wstęp do „It`s In My Mind” to początkowo instrumental, zagrany lekko i zwiewnie. Nie jest to żaden celtycki taniec, od po prostu bardzo ładna melodia. Później przechodzi w piosenkę. Całość jest dość długa, ale słucha się dobrze.
Kończący płytę „Jimmy Baker”, to najbardziej poguesowata ze wszystkich piosenek na płycie. Pubowy drinking song w starym, punk-folkowym stylu.
Zespół Band From County Hell ma swoją niszę, świetnie się w niej czuje, co owocuje kolejnymi, dobrymi płytami. Mam nadzieję, że z kolejnymi albumami będzie co najmniej tak dobrze, jak z tym.

Rafał Chojnacki

Avalon „Free Your Mind”

Zespołów nazywających się Avalon nie brakuje. Ci pochodzą z Niemiec i obecnie nazywają się Travellin` Light. Jednak płytę „Free Your Mind” zarejestrowali jeszcze jako Avalon.
Muzykę zarejestrowaną na tym albumie można określić jako akustyczny folk-rock. Autorskie piosenki, wykonane z akompaniamentem gitar, fletu i instrumentów perkusyjnych są wyjątkowo chwytliwe, nuci się je już po pierwszym przesłuchaniu.
Są tu elementy charakterystyczne dla piosenek celtyckich, czy ballad country, jest też coś, co my nazywamy piosenką turystyczną, a co w rzeczywistości mieści się w pojęciu „współczesnego folku”.
Dla mnie najciekawsza jest tu piosenka „Summerlove Song”, śpiewana przez Barbarę Krieglstein, choć tytułowa „Free Your Mind” i „One-Night-Stand”, które śpiewa Alec Marine, również są bardzo dobre. Warto wspomnieć, że Alec jest urodzonym w Edynburgu Szkotem, być może dlatego jego piosenki tak ciekawie komponują się z folkiem. Niektóre utwory kojarzyć mogą się z solową płytą Mike`a Scotta – lidera The Waterboys.

Rafał Chojnacki

Page 1 of 5

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén